wtorek, 12 września 2017

Lindt Nocciolatte, Amaretto, Dark Coconut, Strawberries & Cream, Nocciocaffe

Lindt? 
Kto nigdy nie spróbował niech żałuje. No może bez przesady, ale przyznać trzeba, że marka produkuje naprawdę dobre słodyczy w nie najwyższej cenie. Piszę, iż w nie najwyższej, ponieważ naturalne czekolady czy inne słodkie wyroby z przykładowo surowych ziaren kakaowych czy owoców są trochę droższe. Na takie nie wszyscy mogą sobie pozwolić, a przynajmniej nieczęsto. No i niestety znaleźć ich nie bywa tak łatwo ze względu na niedostępność w przeciętnych marketach. Odkąd dowiedziałam się o sklepach stacjonarnych Lindt w Polsce nie mogłam sobie odpuścić pierwszej lepszej okazji do zajrzenia wewnątrz, a następnie zakupów. Taka okazja przytrafiła mi się w minione wakacje (tak, 2016 rok) w Warszawie. Zaskoczona dość przeciętną ceną za praliny nie mogłam wyjść z pustymi rekami.


Łącznie wzięłam ze sobą do domu kilka(naście) pralin, co by podzielić się z rodziną czy znajomymi kilkoma. Wśród nich znalazły się smaki owocowe, kawowe czy tez orzechowe. Wybór był ogromny jeśli chodzi o cały asortyment. Kulek z kolei było kilkanaście, o ile nie więcej, do wyboru wśród mnóstwa kolorowych papierków i opakowań. Postanowiłam, że wszystkie wrażenia zawrę w jednym poście. 

Nocciolate



Jeśli miałabym brać pod uwagę wygląd papierka..ubranka" to ten byłby egzekwo na pierwszym miejscu z następną kulką. Obie pachniały podobnie - niesamowita wonią mlecznej czekolady złączonej z nugatem. Nie będę powtarzać tego za każdym razem, ale otoczka zawsze była porządnej grubości (bez pogardzenia przez producentów) ciągnącej się przez kilka milimetrów. Nocciolate, Amaretto oraz Nocciolatecaffe smakowały podobnie - tworzyło w ustach gęste błotko identyczne za każdym powrotem. Raz mleczne, innym razem pomiędzy mlecznym, a gorzkim - deserowe.  W samym środku tej kulki tkwił uprażony orzech laskowy - niezwykle aromatyczny, chrupiący i typowo tłusty. Otaczał go zewsząd mleczno-orzechowy nugat, kuszący cudownym zapachem.


Ocena: 6/6

Amaretto



Czekoladę już opisałam, więc zajmę się resztą, która w tymże wydaniu nie była tak aksamitna. Tutaj pokazała się od kruchej strony rozlatując się na okruszki. Smak stał za tytułem, bowiem wyczułam ponownie orzechy (tudzież migdały zgodnie z brzmieniem na sreberku). Co więcej, gorzkość do nich dołączyła razem z subtelną nuta alkoholu. Całość po prostu rozpływała się w ustach.


Ocena: 6/6

Dark Coconut



W przeciwieństwie do reszty przedstawionych tutaj słodyczy, ta wyróżniała się na tle pozostałych gorzką otoczką. Natomiast to, co zajęło wnętrze, było dość twarde (nic dziwnego po wyjęciu z lodówki - tak samo postąpiłam z truskawką) i strasznie tłuste. W środku znalazłam zaledwie kilka (a przynajmniej na to wyglądało) podłużnych strzępek kokosa. Wiórki nie chrzęściły, ale kontrolę nad smakiem przejął olejek czy też aromat kokosowy. Nie tego oczekiwałam.


Ocena: 4/6

Strawberries & Cream


Jeśli pomyliłam nazwę to od razu przepraszam za to z góry. Przeprosiny... temat na całkowicie oddzielny post. Wybaczcie za tą wstawkę - ujawnia się skrywany we mnie blogerski instynkt.
Tutaj też miałam do czynienia z inną powłoką. W końcu po za mleczną i gorzką czekoladą w Lindt Lindor występuje również biała. Dość obficie. Tłusta jak zwykle, wyjątkowo mleczna i słodka zarazem, otulająca język samą sobą. Nadzienie o podobnej słodyczy nie wniosło nic wielkiego, po prostu było truskawkowe. Może jakiś niewielki ułamek stanowił ,,kwaśny strzepek".

Ocena: 3/6

Nocciocaffe




Ta wyglądem papierka zbliżona była do dwóch pierwszych jakby były bliskim rodzeństwem. Tak właściwie pralina przypominała składem tamte dwie. Gruba skorupa (lecz nieprzerażająco twarda), która już wystąpiła w niejednej z lindtowskich bombek. Środek zaś powtórkę sobie zrobił z rozrywki - myślę w tym momencie o orzechu laskowym. Znów aromatycznie uprażonym, chrupkim i twardym jak na prawdziwego, świeżego przystało.  Otoczka z kolei przybrała formę twardszej niż zazwyczaj, może nie chrupiącej, ale kawowej w smaku praliny.


Ocena: 6/6

Znalezione: sklep Lindt

12 komentarzy:

  1. Jadłam, ale sama nie kupuję :) Są smaczne, ale za podobną cenę można kupić dużo lepsze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kokosowe w gorzkiej czekoladzie to mój faworyt :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jadłam te czerwone z mleczną czekoladą. Są przepyszne <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Przechodzę obok sklepu Lindta wielokrotnie i choć stosy kolorowych pralin kuszą mnie i wołają - nie wchodzę, bo bym przepadła :D Ale chyba się skuszę na przetestowanie wszystkich smaków. Nocciolate, Strawberries & Cream mnie najbardziej kuszą. Dark Coconut jadłam w Australii (razem z wersją migdałową) i był niebiański :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie jadłam pralin Lindt i jakoś nie żałuję :) Z recenzowanych przez Ciebie ta kokosowa wydaje się w porządku i ostatnia ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak dobrze, że mam teraz obok czekoladę :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Wszystko byśmy chętnie zjadły :D No może najmniej truskawkę ale z ciekawości i tak byśmy spróbowały :D

    OdpowiedzUsuń
  8. nie jadłam, skusiłby mnie smak amaretto :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo lubię słodycze tej firmy :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Od czasu do czasu sięgam po te pralinki. Mam jednak wrażenie, że są zbyt drogie. Na Rynku w podobnej cenie można znaleźć dużo smaczniejsze pralinki. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  11. oni produkują bardzo dobre słodkości - to jest fakt :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Z tych wszystkich jadłam tylko kokosowego i też się mega zawiodłam :(

    OdpowiedzUsuń

Jeśli Ci się podobają przepisy - skomentuj. Bądź na bieżąco - obserwując bloga!
Spam jest ignorowany i usuwany.